Rozdział III "Powrót" >> poniedziałek, 6 października 2008 15:19:14
Liv od paru minut stała i wpatrywała się w budynek na Grimmauld Place. Wahała się. Z jednej strony bardzo chciała przyłączyć się do Zakonu Feniksa, ale z drugiej coś ją zatrzymywało...
"Po co ja tu stoję i się zastanawiam? Harry Potter dał mi szansę, drugi raz mogę jej nie dostać." Wypuściła powietrze z płuc i ruszyła do przodu. Wolnym krokiem w końcu stanęła przed drzwiami, których nie było widać. Wypowiedziała zaklęcie, które wcześniej powiedział jej Harry i po chwili ukazał się jej oczom fragment budynku, Grimmauld Place 12. Otworzyły się drzwi, więc Liv weszła do środka. Ujrzała małego chłopca mniej więcej w wieku Scorpiusa.
-Dzień dobry. - powiedział, podchodząc do niej.
-Witaj. - odezwała się i kucnęła. - Jak masz na imię?
-James. - odpowiedział, wpatrując się w nią. Kobieta chciała coś powiedzieć, lecz usłyszała jak ktoś woła ją po imieniu. Spojrzała w górę i zobaczyła Hermionę, która biegła by się z nią przywitać.
-Witaj Liv. - przytuliła ją, a następnie złapała za rękę i pociągnęła za sobą. - Chodź. Wszyscy już są.
Weszły do dużej sali, gdzie było mniej więcej dwadzieścia osób. Oczy obecnych zwróciły się w stronę wejścia. Liv czuła się nieswojo, wiedząc że wszyscy ją teraz oceniają. Rozejrzała się wokoło. Zobaczyła kilka znanych twarzy m.in. Rona Weasleya, Neville'a Longbottoma, Lunę Lovegood, Ginny Potter oraz George'a Weasleya. Reszty z nich nie znała.
-Livhanna Malfoy. - Hermiona wskazała na nią, przedstawiając całej grupie. - Od dzisiaj nowy członek Zakonu Feniksa.
Każdy z nich zaczął do niej podchodzić i się witać. Po jakimś czasie, gdy już wszyscy wygodnie zasiedli na krzesłach, Harry zaczął mówić.
-Jak wiecie Voldemort cały czas rośnie w siłę. Zbiera coraz więcej sojuszników. Dziesięć lat temu nie udało się nam go pokonać, dlatego teraz musimy być o wiele bardziej przygotowani. Dzisiaj kilka osób dostanie zadanie do wykonania. Mam nadzieję, że pójdzie wam jak najlepiej. Ginny wręczy wam koperty, zadania będziecie wykonywać w grupach dla waszego bezpieczeństwa. W razie jakichkolwiek niejasności, proszę zgłaszać się do mnie, bądź do Hermiony. To dzisiaj na tyle. Powodzenia. - zakończył swoją długą wypowiedź, a rudowłosa kobieta zaczęła rozdawać koperty. Dostała również Liv. Nie otworzyła jej jednak.
Gdy większość zaczęła wychodzić, kobieta również stwierdziła, że powinna już iść. Pożegnała się, ubrała płaszcz i wyszła. Po drodze zaczepił ją pewien mężczyzna. Bardzo przystojny, wyglądający na około 30 lat.
-Witam. - zaczął i wystawił rękę w jej stronę. - Jestem Oliver Wood.
-Liv Malfoy. - uścisnęła jego dłoń, zastanawiając się, co on od niej chce. Widziała go na zebraniu po raz pierwszy.
-Przeczytała już pani zawartość koperty? - zapytał uprzejmie.
-Nie, jeszcze nie. A czemu pan pyta?
-Cóż, razem z panią mamy zadanie do wykonania.
-Ah, rozumiem... - powiedziała, zastanawiając się jakie zadanie zostało im przydzielone.
-Tu jest moja wizytówka. - wręczył jej małą kartkę do ręki. - W razie czego proszę dzwonić pod ten numer.
-Dobrze, dziękuje.
-W takim razie nie będę już zajmował pani czasu. Do zobaczenia.
-Dowidzenia.
Wróciła do ciemnego, pustego domu. Była zmęczona całym dniem pracy. Jedyne o czym marzyła było położyć się w ciepłym łóżku i zasnąć. Skierowała się do salonu. Położyła torbę na fotelu i wyjęła kopertę, w której znajdowało się zadanie do wykonania. Chciała zapalić nocną lampkę, gdy usłyszała tak dobrze jej znany głos. Koperta wypadła jej z rąk, a ona sama stanęła bez ruchu.
-Liv, kochanie... - powiedział
Liv od dawna pragnęła usłyszeć jego głos, ale teraz... Tak dużo się zdarzyło. Tak bardzo w tej chwili cierpiała. Pogodziła się już z myślą, że już go więcej nie zobaczy. Z tak wielkim trudem jej się to udało, a teraz... zjawia się tak nagle... Przez rok nie dawał żadnego znaku życia. Co się stało, że teraz wrócił?
Odwróciła się powoli w jego stronę. Ujrzała 27 letniego mężczyznę, którego tak bardzo kochała. Czy nadal go kocha? Tak, gdyż taka miłość jaką ona darzyła swojego męża była wieczna. Nie była w stanie nic powiedzieć.
-Liv, wróciłem... - oznajmił i zaczął do niej podchodzić, ona jednak oddaliła się do tyłu. - Co się stało?
-Myślisz, że to wystarczy? Gdzie byłeś przez ten czas? Zostawiłeś nas, nic nie mówiąc. Dlaczego to zrobiłeś? Tak bardzo Cię potrzebowałam. - krzyczała zrozpaczona.
-Musiałem ratować całą rodzinę. Voldemort chciał byśmy się do niego przyłączyli. nie mogłem na to pozwolić, więc pomyślałem, że gdy zniknę na jakiś czas, to w jakiś sposób pomoże. - powiedział.
-Tak, bardzo to pomogło. - powiedziała z ironią w głosie, lecz Draco nie dostrzegł jej w słowach Liv.
-Gdzie jest Scorpius? Chciałbym go zobaczyć. Jest u Twojej matki? - zapytał, a Liv osunęła się na podłogę i zaczęła głośno płakać.
-Kochanie, co się stało? - podbiegł do niej, nie wiedząc, co spowodowało jej płacz.
-Scorpius... on... nie... żyje... - oznajmiła, ledwo wypowiadając te słowa.
-Co? Co Ty mówisz? - złapał ją za ramiona. - To jest jakieś kłamstwo, prawda? Chcesz się na mnie odegrać za to, że zniknąłem bez słowa, tak? - pytał, patrząc na nią, a ona kiwała przecząco głową.
-Nie, Draco... mówię... prawdę. - szepnęła, a po chwili mocno się w niego wtuliła, potrzebując teraz jego bliskości.
Jestem w szoku, że dodałam nowy rozdział ;o No, ale znalazłam trochę czasu, więc napisałam ^o^ Pierwsza cześć rozdziału nie za bardzo udana, ale myślę, że nadrobiłam to drugą częścią ^^
To na tyle ;)
Pozdrawiam.
Megami.
komentarze [1]Rozdział II "Zakon Feniksa?" >> wtorek, 22 kwietnia 2008 17:34:36
Wiem, ze długo nie dodawałam notki ;(
Ale wreszcie znalazłam czas i oto kolejny, drugi rozdział ;)
Mam nadzieję, że będzie sie podobało!
Nie mogła zasnąć. Cały czas miała przed oczami obraz syna, z którego powoli ulatniało się życie. Do końca życia nie zapomni tego widoku.
Przez noc nie zmrużyła oka. Wszystkie emocje, które próbowała ukryć wczorajszego wieczoru teraz dały o sobie znać. Nad ranem musiała wstać, by udać się do pracy. Mogła zostać w domu, ale gdyby to zrobiła leżałaby bez przerwy w łóżku, płacząc. Wolała pójść do pracy i chociaż na chwilę zapomnieć o wydarzeniach z kilku ostatnich dni. Stanęła przed lustrem i przeraziła się tym, co zobaczyła. Twarz miała całą bladą, worki pod oczami od długiego płaczu i zmęczenia były dosyć widoczne. Próbowała się ich pozbyć, ale tylko w małym stopniu jej się udało. Ubrała się na czarno, a długie, jasne włosy związała w kok. Spakowała do torby rzeczy, które miały jej być potrzebne do pracy na dzisiaj. Wychodząc odwróciła się w stronę domu. Był duży i piękny, ale pusty. Już nigdy nie usłyszy płaczu Scorpiusa, który potknie się o swoje zabawki i upadnie na ziemię. Już nigdy nie ujrzy uśmiechu na twarzy syna, który przybiegnie się z nią przywitać. Czuła się osamotniona. Głęboko w jej sercu czuła nienawiść do Voldemorta. Nie była jeszcze tego świadoma. Na razie jej umysł zajmowała rozpacz za synem, nie zemsta...
Gdy znalazła się w ministerstwie zauważyła jak ludzie na nią patrzą. Niektórzy współczuli jej, inni zaś byli zdziwieni, że przyszła do pracy. Starała się wszystkich ignorować, co było bardzo trudne. Zjechała windą na drugie piętro. Wchodząc na nie natknęła się na Hermionę Weasley, która również była aurorem.
-Witaj, Liv. - przywitała się, pochodząc do niej. - Przykro mi z powodu tego, co się stało. - ciągnęła dalej.
-Witaj Hermiono. - powiedziała cicho, nie patrząc na swoją rozmówczynię.
-Jak się czujesz? Nie musiałaś przecież przychodzić do pracy.
-Tak, wiem. Ale wolałam się czymś zająć, niż siedzieć w domu, gdzie jest tyle wspomnień.
-Rozumiem. Jeśli byś czegoś potrzebowała, to daj znać. Do zobaczenia! - pożegnała się i zostawiła Liv na środku korytarza. Po chwili udała się do swojego gabinetu. Nie mogła się na niczym skupić. Bez przerwy winiła siebie za to, co spotkało Scorpiusa. Dlaczego jej tam nie było, gdy to się stało? Dlaczego nie znalazła kogoś lepszego na jego opiekuna? Była taka szczęśliwa. Wiedziała, że to szczęście się kiedyś skończy, ale nie spodziewała się, że w tak okrutny sposób. Śmierciożercy zabili jej jedynego syna. Mąż ją zostawił nie wiadomo z jakiego powodu. Myślała, że ją kochał. Czy przez cały czas kłamał?
W tych czasach Vodemort szukał sojuszników. Jeśli ktoś miał czelność mu odmówić, zabijał. Był brutalny, bezlitosny, żądny władzy. Nikt nie był w stanie go powstrzymać. Liv przypomniało się o Zakonie Feniksa. Hermiona pytała ją kiedyś, czy nie chciałaby się do nich przyłączyć. Wtedy odmówiła przez wzgląd na syna. Był mały... nie chciała ryzykować, ale teraz... nie ma nic do stracenia... Wyszła ze swojego gabinetu i skierowała się w stronę biura Hermiony. Okazało się jednak, że tam jej nie ma. Po drodze spotkała Marie, młodą czarownicę, która niedawno zaczęła pracę tutaj.
-Witaj Marie. Wiesz może, gdzie jest teraz Hermiona Weasley? - spytała.
-Tak, na trzecim piętrze. W gabinecie pana Pottera.
-Dziękuje, bardzo mi pomogłaś. - powiedziała, odchodząc. Kilka minut później stała już przed gabinetem Pottera. Nie znała go za dobrze. Słyszała jednak o czynach, których dokonał.
-Harry, jest nas za mało... nie zdołamy go pokonać. - mówiła Hermiona. Liv nie chciała podsłuchiwać. Zainteresowała ją jednak ta rozmowa.
-Wiem, Hermiono, ale musimy mieć zaufanych ludzi w Zakonie. Teraz trudno o takich...
Zapukała, a oni umilkli.
-Proszę. - odezwał się Potter po chwili.
Liv nacisnęła na klamkę, otwierając tym samym drzwi.
-Dzień dobry. - przywitała się. - Ja myślę... że ja bym mogła się do was przyłączyć. Mam na myśli zakon...
-W końcu się zgodziłaś. Potrzeba nam takich ludzi jak Ty. - odezwała się kobieta. Harry Potter nie był przekonany, a to od niego wszystko zależało.
-Ja wiem, że pan i mój mąż Draco byliście największymi wrogami za czasów szkolnych, ale...
-Nie o to mi chodzi, pani Malfoy. Po prostu nie wiem, czy jest pani w stanie temu podołać. Straciła pani niedawno syna...
-Harry, jestem pewna, że Liv sobie poradzi. - wtrąciła się Hermiona.
-Hm... no dobrze... zaufam Hermionie. Zna panią lepiej, niż ja. Zebranie jest za dwa dni na Grimmauld place 12 o 17:00. Proszę się tam zjawić punktualnie.
-Rozumiem. Dziękuje i dowidzenia. - powiedziała, po czym wyszła.
Wiem, że trochę krótki ten rozdział, ale cóż.
Ważne, że jest ;)
Pozdrawiam! ;*
Megami! ;*
komentarze [0]Rozdział I "Samotność" >> piątek, 15 lutego 2008 20:56:59
Czarny płaszcz zsunął się jej z pleców. Najgorszy dzień w jej życiu. W jednej chwili straciła dwie osoby, które kochała. Była cała roztrzęsiona i załamana. Śmierć dziecka. Nie wiedziała, że kiedyś ją to spotka. Chłopczyk miał zaledwie cztery latka. Umierał w jej ramionach. W ramionach swojej matki, do której już nigdy się nie odezwie, nie przytuli. Przypomniała sobie jak dowiedziała się o ciąży. Była niezmiernie szczęśliwa, bo było to jego dziecko. Tak bardzo go kochała. Pobrali się kilka miesięcy później, a na wiosnę urodził się śliczny chłopczyk. Był tak bardzo podobny do swojego ojca. Od narodzin widać było do podobieństwo. Jedynie oczy odziedziczył po niej.
Nie była w stanie powstrzymać łez. Płakała... Dopiero teraz zrozumiała, że straciła ich na zawsze.
Przez cały wieczór musiała sztucznie się uśmiechać i znosić współczujące spojrzenia gości. Musiała udawać, że jest dobrze, ale tak nie było. Z trudem udało się jej powstrzymać łzy. Teraz jednak nie wytrzymała. Osunęła się na podłogę.
Przez te cztery lata była tak bardzo szczęśliwa. Miała go przy sobie. Co prawda nie udało jej się w pełni nauczyć go dobroci i miłości. Wiedziała, że on stara się zmienić. Że chce to zrobić dla niej. Bez wątpienia ją kochał. Zapewne nie tak jak ona jego, ale jednak. To wszystko było zbyt piękne, żeby mogło trwać dłużej.
Voldemortowi wracały siły, a ona coraz bardziej się bała. Była świadoma tego, że Czarny Pan w każdej chwili może po nich przyjść. Zbierał sojuszników, a przecież rodzina Malfoyów służyła mu od wielu lat. Draco jednak cały czas jej mówił, że nie ma się czego obawiać. Mówił, że są bezpieczni, że nikt ich nie znajdzie. Kilka dni później zniknął bez śladu. Ogarnął ją paniczny lęk. Zastanawiała się co się z nim stało. Codziennie zadawała sobie pytania. "Czy przez te wszystkie lata mnie okłamywał, że mnie kocha? Czy po prostu usunął się w cień, by nas chronić? Mnie i dziecko? A może przez ten cały czas służył Voldemortowi?". Z czasem oswoiła się z myślą, że on już nigdy nie wróci, że ich zostawił... Scorpio dorastał. Skończył cztery lata. Gdy patrzyła na syna widziała w nim Draco. Coraz bardziej go przypominał. Nauczyła się być samotną matką. Miała 22 lata, pracowała w ministerstwie. Była aurorem. Bez przerwy bała się o swoje życie. Że zginie w czasie walki, a Scorpio zostanie sierotą. Nie mogła jednak zrezygnować z pracy. Musiała zarabiać, by żyło im się dobrze. By niczego im nie brakowało. Poza tym Voldemort stawał się silniejszy. Przybywało coraz więcej śmierciożerców... Aurorzy nie dawali rady. Było coraz gorzej. Najpierw zginął Moody, później Fred, a na końcu Tonks z Lupinem, którzy osierocili dziecko. Nastały mroczne czasy. Postanowiła bardziej chronić swojego syna. Zatrudniła utalentowaną czarownicę, która miała bez przerwy pilnować Scorpio. Gdyby jednak wiedziała, że to nie wystarczy...
Gdy wróciła z pracy do domu, drzwi były otwarte. To już ją bardzo przeraziło. Pobiegła do pokoju, nawołując swojego syna. Przechodząc przez salon, ujrzała kobietę, którą kilka tygodni temu zatrudniła. Leżała martwa na podłodze. Do dziś na dywanie pozostała plama krwi. Była przerażona. Wbiegła po schodach do pokoju swojego ukochanego syna. Do ostatniej chwili miała nadzieję, że Scorpio żyję. Żył, jeszcze... Zdążyła się z nim pożegnać. Leżał na swoim małym łóżeczku, cały we krwi. Płakał, nie wiedział co się z nim dzieje. Był za mały, by coś zrozumieć.
-Mamusiu... - powiedział cicho, gdy ją zobaczył.
-Oh, synku... - rozpłakała się. Wiedziała, że jej jedyne dziecko umiera. Była cała roztrzęsiona. Podbiegła do łóżka i wzięła Scorpio w swe ramiona. Tak bardzo go kochała. Tuliła go mocno do siebie.
-Kto Ci to zrobił, Scorpio? - zapytała. Te słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
-Źli lu-ludzie. - z sekundy na sekundę traciła go. - W czar-nych stro-jach.
-Kocham Cię, synku. - mówiła szeptem, głaszcząc go po głowie. Mała rączka chłopca, która trzymała ramię matki, opuściła swoje dotychczasowe miejsce i opadła martwo na łóżko. Wiedziała, że go straciła. Nie przestawała jednak go tulić. Śmierciożercom ponownie się udało...
Przeżyć swoje dziecko jest czymś strasznym. To ona miała umrzeć pierwsza. Scorpio nie pozna życia. Nie pójdzie do szkoły, nie spotka pierwszej miłości, nie doświadczy ojcostwa. Nie zrobi tego, bo już nie żyje. Zginął mając zaledwie cztery lata. Nie, on nie zginął. On został zamordowany. Oswoiła się z myślą, że nie ma z nią Dracona. Nie mogła jednak znieść myśli, że straciła swoje jedyne dziecko, za które oddałaby życie.
Zapłakana siedziała skulona na zimnej podłodze. Nie podniosła nawet wzroku, gdy ktoś wszedł do pokoju.
-Wiedziałam, że muszę sprawdzić co się z Tobą dzieje. - oznajmiła blondynka.
-Nie musiałaś tu przychodzić, Kathleen. Wszystko jest w porządku.
-Kochana, znam Cię od dzieciństwa. Wiem, kiedy coś jest z Tobą w porządku, a kiedy nie. Nie wiem jak to jest stracić najpierw męża, a później dziecko. Wiedz jednak, że będę przy Tobie. Jeśli tylko będziesz mnie potrzebowała, daj znać. - powiedziała kobieta.
Dziękuję. - odpowiedziała, ocierając łzy. Wstała i po raz pierwszy tego wieczoru spojrzała w oczy przyjaciółki, które teraz były pełne czułości i współczucia. - Wybacz, ale chciałabym pójść spać. Dziękuję Ci za wizytę. - powiedziała, po czym weszła po schodach do góry, do swojej sypialni.
Założyłam nowego bloga.
Nie wiem czy będzie ciekawy. Staram się jak mogę.
Mam nadzieję, że pierwszy rozdział się podobał.
Pozdrawiam serdecznie ;*
Megami! ;*
komentarze [18]
| Lay&html by
Pati dla
lost-in-the-darkness |